1 | 2 | 3
Obecnie zwykle stosowane s± płytowe zbudowane ze zgrzewanych płyt stalowych. Swój wynalazek nazwał "ciepł± skrzynk±" i opatentował w Niemczech i USA. Wynalazc± był Franz San Galli (urodzony w Prusach, wszak mieszkaj±cy w Rosji Niemiec pochodz±cy z rodziny o włoskich korzeniach). Powszechnie stosowany w najróżniejszych pomieszczeniach. Zwierzęta te, jak kilka co, umiej± docenić zalety dobrej instalacji grzewczej. Tym bardziej, że w tej czę¶ci Rosji temperatura powietrza w zimie potrafi spa¶ć wobec -50 stopni Celsjusza.Grzejnik (potocznie zwany kaloryferem z fr. Przez piecyk przepływa gor±ca woda lub para, która przeważnie nie pochodzi natychmiast z elektrociepłowni. calorifere) , czyli wymiennik ciepły typu woda-powietrze lub para-powietrze; żywioł układu centralnego ogrzewania. Z okazji 150 rocznicy zamontowania pierwszego grzejnika w Sankt Petersburgu, na pocz±tku sezonu grzewczego 2005, przed elektrociepłowni± w Samarze stan±ł 31 tonowy monument żeliwnego grzejnika (wykonany poza lokalnego artystę rzeĽbiarza Nikołaja Kuklewa).
Nagrzewnice olejowe Klimatyzacja Klimatyzacja Kominy, Systemy kominowe Klimatyzacja Nagrzewnice Wkłady kominowe

Dobre witryny Nagrzewnice, Klimatyzacja
Anna gorzko usmiechnęła się. Gdy pamięć przywoływała to dawne wspomnienie, zawsze ogarniało ja wrażenie, iż cała odległa przeszłosć w stosunku do życia obecnego jest czyms nierealnym, jak gdyby zamkniętym kręgiem zdarzeń należacych do innego zupełnie człowieka. Nie znajdowała żadnej łacznosci pomiędzy soba a tamta mała dziewczynka sprzed kilkudziesięciu lat. Najchętniej też odpędzała od siebie wspomnienia. Czemuż więc teraz z tak czułym nieomal poddaniem pozwalała zagarnać się płynacym z daleka obrazom? Wtedy żyła jeszcze matka. Wiele jednak godzin przebywała poza domem. Pracowała w krawieckim magazynie, miała tam dużo roboty. Czasem wyszedłszy rano, wracała póznym wieczorem. Nie było na to żadnej rady. Anna musiała się poddać. Czuła się bezbronna i swiadomosć zależnosci od spraw zawikłanych w inny, daleki, a jej niedostępny swiat, który na cały dzień zabierał matkę, nie pozwalała szukać odpoczynku nawet w tych godzinach wczesnego przedpołudnia, które wypełniało życie skrzętne i pracowite, pełne żmudnej bieganiny pani Podhaliczowej, codziennie rozwijajace się w tym samym rytmie, nanizane według raz na zawsze ustalonego porzadku. Anna brała udział w tych domowych obrzadkach. Pani Podhaliczowa lubiła ja wciagać w krag swoich poczynań, lecz wszystko, co w ciagu przedpołudnia dokonywało się w malutkim, jak gniazdo osadzonym w kacie oficyny mieszkaniu, nie mogło wyrwać z serca drażniacego niepokoju. Już budzac się, zanim przeżyła bolesna chwilę rozstania z matka, myslała pełna lęku o wieczornych chwilach oczekiwania jej powrotu. Najgorsze były czasy zim. Budziła się w nieprzyjaznych ciemnosciach, nieraz jeszcze w srodku nocy, ale ponieważ nie znała godziny zawieszonej w odległym kacie pomiędzy monotonnym tykaniem zegara, bała się usnać, aby nie przeoczyć chwili, w której matka wstanie, po cichu ubierze się i nie jedzac najczęsciej sniadania odejdzie. Z czasem nauczyła się rozpoznawać godziny po odgłosach. Ale i wówczas walczyła z sennoscia, nie ufajac dzwiękom, które jak złe duchy przynosiły z daleka nieubłagane znaki. Wydawało się jej, że w tym swiecie tajemnych, porannych poczynań może pewnego dnia ulec wszystko nagłej zmianie i gdyby zawierzywszy wiadomemu porzadkowi zasnęła - matka odeszłaby bez pożegnania. Wolała więc czuwać wobec niebezpieczeństwa. Wolała wybiegać mu naprzeciw. A jednoczesnie czerpała smutna radosć z słodkiej bliskosci leżacej obok matki. Wsłuchiwała się pilnie w jej cichy, równy oddech, wiedzac, że w pewnej chwili, jego ciepło, majace cos z miękkosci nagrzanej słońcem trawy, przybliży się i zmieni w goracy pocałunek. Jakże pragnęła i bała się tej chwili! Wiedziała, że minuta ufnego wtulenia w ramiona matki musi szybko pierzchnać, jakby bicie serca, które czuła przy swoim sercu, niecierpliwie znaczac uciekajacy czas, przynaglało do pospiechu; wiedziała również, że potem na kształt rozległej i ogromnie smutnej równiny, ogladanej kiedys z okna pociagu, otworzy się szeroki bieg tęsknych godzin, ciężko jak blady dzień wyłonionych z mroku i powoli, znów w głab tym razem już mroku wieczornego zdażajacych. Ale nawet pamięć cierpkiego smaku godzin, wsród których miała się tak długo błakać, nie tłumiła w niej pragnienia pocałunku: krótkiej chwili szczęscia zawistnie sciganej przez koniecznosć. To ranne powitanie, równoznaczne z pożegnaniem, bo wszystko, co pózniej matka czyniła, stawało się niepowrotnym odpływaniem radosci i spokoju, było w ciagu dnia jedynym oparciem Anny. Była to chwila, do której uciekało się jak pod dach w czasie wiatru i słoty. Jej waski krag promieniał swiatłem w ciemnosciach. Przypasć do niego, zanurzyć się w nim i zaczerpnać stamtad oddechu, który grał potem w piersiach nieokreslona spiewna rzewnoscia - jakież to było wytchnienie i ulga. I wtedy wczesny zmierzch zimowy, przedtem grozny, teraz stał się łaskawym sprzymierzeńcem. Anna nauczyła się tysiaca wybiegów, odkryła siłę przymilnych kłamstw, byle tylko wyrwać się spod opieki państwa Podhaliczów, opuscić ich jasny pokój i umknać do swego, gdzie w mroku szybko gęstniejacym mogła wrócić do chwili narodzonej w podobnym cieniu. Kiedy wraz z zieleniejacymi na podwórzu kasztanami przyszły długie dnie, odkryła, że powrót do małej porannej chwili osiagnać można sztucznie: zamknawszy oczy. Potrzebowała do tego tylko samotnosci i ciszy. Podwórko było spokojne, ludzie zaludniajacy oficyny bardzo dalecy w swoich mieszkaniach, niebo łagodne. W czerwcu, gdy zmierzchy szerokimi tęczami wyrastały w górze, w powietrzu unosił się zapach kwitnacych pomiędzy kasztanami akacji, a pewien pan wygrywał na wiolonczeli melodie, które jak waskie, faliste scieżki prowadziły w głab nieznanych i tajemniczych krajów. Po dniu zgiełkliwym, pełnym ludzi i głosów, Anna odpoczywała. Umykała z ramion czasu pętajacego strachem i niepokojem. Pod zamkniętymi powiekami odnajdywała wytchnienie, wsród którego już tylko na kształt pogodnego strumienia przepływała tęsknota za matka. Niektóre obrazy stale towarzyszyły tym rozmyslaniom. Zwłaszcza jeden szczególnie często wracał i jakby był pamiatka po tych dniach ze smiercia matki rozsypanych na proch, przetrwał jeszcze długo potem, zawsze ten sam, zakwitajacy przez wiele lat niezmiennym urokiem. Najpierw był mrok, ale wystarczyło powieki silniej zacisnać albo przykryć je dłońmi, aby z głębi, z samego srodka ciemnosci wypłynał jasny punkt. Kiedys, wyjechawszy z matka za miasteczko, ujrzała Anna na dnie głębokiej studni lekko kołyszacy się na ciemnej wodzie kwiat kaczeńca. Objęta ramionami matki, leżała na chłodnym ocembrowaniu i kiedy nagle zawołała - głos jak kamień poleciał w dół i wydało się jej, że liscie zadrżały wsród miękkich kręgów, nasycajac je żywym ciepłem. Po chwili całe dno było złote. Tu z poczatku działo się cos podobnego. Mała gwiazdka rozszerzała się, wypierała mrok, a gdy dla swego promiennego przepychu nie znajdowała już miejsca - rozstępowała się jak woda nasycona swiatłem i nagle zmacona ostrym podmuchem. Wtedy pomiędzy złocistymi kołami ukazywały się białe gołębie... Od domu Nawrockiego dzieliło Annę kilkadziesiat zaledwie kroków. Dopiero teraz spostrzegła, że swiatło nabrało silniejszego blasku: zawieszone nisko ponad ziemia, jak słup ognisty płonęło w ciemnosciach. Znowu zatrzymała się. Tym razem uczyniła to machinalnie, nie zdajac sobie sprawy dlaczego. „Przecież chcę, żeby to wszystko prędko się skończyło - myslała. - Dlaczego więc zwlekam?” Jednak nie ruszała się. Stała nadsłuchujac. Nagle wydało się jej, że ktos zbliża się od strony łak. Wyraznie słyszała kroki. Przytuliwszy się do płotu wstrzymała oddech. Ale choć szybko zorientowała się , że to krople mgły skapuja z drzew, przez dłuższa chwilę jeszcze pozostawała pod wrażeniem bliskosci jakiegos człowieka. Czuła owa bliskosć całym ciałem, każdym włóknem nerwów i w pewnym momencie swiadomosć ta nienasycona w swej zachłannosci stała się tak straszliwa męczarnia, iż w ostatnim zaledwie momencie zdażyła zapanować nad pragnieniem zawołania. Przygryzła wargi. I dopiero, gdy ból doszedł do jej swiadomosci, zdała sobie sprawę, że chciała krzyknać: Pawle! „Zaczynam majaczyć...” - przemknęło jej przez głowę. Szybko zwróciła się w kierunku swiatła. Już nie wybierała dogodniejszej drogi, szła byle prędzej, grzaskie błoto chlupało pod nogami. Furtka była otwarta. Dobiegał monotonny stuk otwartego okna. Poza tym pustka. Zdziwiła się, że Nawrocki nie wychodzi na spotkanie. Podwórko, o ile się mogła zorientować w ciemnosciach, było niewielkie, w głębi szelescił ogród. Kontury chaty, lekko podkreslone smuga swiatła, rysowały się w mroku niekształtnymi cieniami, w srodku czerniał otwór sionki. „Wszystko pootwierane” - pomyslała z zaniepokojeniem. Po chwili wahania weszła do srodka. W sionce panowała zupełna ciemnosć. Tylko w jednym miejscu u samej podłogi przeswitywał bardzo waski skrawek swiatła. Podeszła w tym kierunku i rękoma odnalazła drzwi. Zapukała po cichu. Nikt nie odpowiedział. Powtórzyła więc, tylko głosniej. Wreszcie lekko pchnęła drzwi. Uchyliły się skrzypiac i przez waski otwór zobaczyła najpierw biała scianę, potem łóżko okryte zgniecionym pledem. „Musiał wyjsć gdzies” - pomyslała. Zastanowiła się, czy ma wejsć do srodka, czy też tutaj zaczekać. Skusiło ja wreszcie ciepło idace z pokoju. Przemarzła na wietrze i możnosć rozgrzania się była zbyt pociagajaca, aby się jej opierać. smiałym już ruchem otworzyła drzwi. W tej chwili Seweryn usłyszał jej stłumiony okrzyk. Cofnęła się za próg, ręce wyciagnawszy przed siebie, jakby chciała osłonić się przed niespodziewanym widokiem. Przeciag zawirował w pokoju. Machinalnie zamknęła drzwi i dopiero gdy znalazła się w ciemnosciach, ogarnał ja strach. Po omacku przeszła przez sionkę i na oslep zaczęła biec. Już w pobliżu drogi natknęła się na Litowkę. Chwycił ja za ręce Przy wielkich kasztanach, znaczacych poczatek Sedelnik, Seweryn zwolnił kroku. Wprawdzie droga i tu pomiędzy pierwszymi, rzadko osiadłymi chałupami była pusta, od strony pola wies okuta mrokiem robiła wrażenie wymarłej, wolał jednak zachować na wszelki wypadek ostrożnosć. Nie chciał, aby zobaczył go ktokolwiek, pędzacego noca jak opętaniec. Obciagnał płaszcz, poprawił czapkę. Był już spokojny. Wariacki bieg na oslep poprzez pola zrobił swoje. Pozostał po nim szybki oddech, mocne bicie serca i palenie policzków wysmaganych wiatrem, ale własnie z tymi jak gdyby ostatnimi dreszczami podniecenia było Sewerynowi dobrze. Skręcajac koło krzyża w główna ulicę wsi, spojrzał w kierunku plebanii: swiatło nie paliło się. Za to, gdy mijał posterunek, wydało mu się, że w głębi izby mignęła sylwetka Nawrockiego. Nie będac jednak pewny, czy uległ złudzeniu, cofnał się na przeciwna stronę drogi i w cieniu drzewa przystanał. Ale stamtad jasny prostokat okna ukazywał tylko wnętrze izby: otwarte drzwi szafy, stół, w głębi półki z papierami. Drugie okno zamykała okiennica przepuszczajaca zaledwie waskie pasemko swiatła. Jednak wysoki cień człowieka na scianie upewnił Seweryna, że pokój nie jest pusty. Bojac się, że może go ktos przyłapać na tym podpatrywaniu, chciał podejsć bliżej, gdy w oknie ukazał się Nawrocki. Stało się to tak nagle, iż Seweryn odskoczył w tył. Sucha gałazka trzasnęła mu pod nogami, zaklał pod nosem. Dalej cofać się nie mógł, miał poza soba parkan, gdzies w pobliżu zaczał ujadać pies, rozległy się męskie głosy. W pierwszej chwili wydało się Sewerynowi, że Nawrocki dostrzegł go. Stał więc przyklejony plecami do płotu, w obawie, że najlżejszy ruch może go zdradzić. Dopiero, gdy zdał sobie sprawę z odległosci dzielacej go od Nawrockiego i z mroku, uspokoił się. Nie mogac jednak uwolnić się od wrażenia, że spojrzenie Nawrockiego biegnie w jego kierunku, schylił się i tak zgięty, na palcach przesunał się powoli poza niebezpieczne pole widzenia. „Trzeba teraz wziać się w garsć” - pomyslał znalazłszy się z powrotem na drodze. Wszystko szło dotad jak najlepiej. Obecnosć Nawrockiego na posterunku przekonała go, że się nie omylił w przypuszczeniach. Co jednak miało oznaczać to „o dziesiatej” rzucone na pożegnanie Litowce? Zanim wszedł do karczmy, spojrzał na zegarek: nafosforyzowane wskazówki wskazywały kwadrans po ósmej. „Ładny kawałek czasu przełaziłem” - pomyslał. W tym miejscu było już nieco jasniej, zobaczył więc, że buty ma w rozpaczliwym stanie, ledwie widać było skórę spod grubej warstwy gliniastego błota. Tym lepiej! Jeszcze raz poprawił płaszcz i krokiem szybkim, jak gdyby wynikłym z długiego marszu, skierował się w stronę drzwi. Litowka siedział za kontuarem. - O, pan inżynier! - zawołał widzac wchodzacego. Seweryn rozesmiał się swobodnie. - Nie może pan narzekać, żebym rzadko pana odwiedzał... Zdjał rękawiczki, rzucił je na najbliższy stolik i zaczał rozcierać dłonie. - Zmarzłem! Niech mi pan da kieliszek wódki, ale duży, wie pan: taki pański kieliszek. Litowka zakrzatnał się żwawo. - Już się robi. A może szklaneczkę? Seweryn skinał głowa. - Niech będzie. Nalewanie wódki zdawało się całkowicie pochłaniać uwagę Litowki. Ale mimo dobrodusznie opuszczonych powiek, zdażył obrzucić Gejżanowskiego szybkim spojrzeniem. - Najlepsza, jaka jest! - cmoknał z zadowoleniem. - Dla znawców... Seweryn ciagle usmiechał się. - Wszystko jedno jaka. Byle wódka. - Pan inżynier był na spacerze? - Tak - mruknał Seweryn. Nie chciał się przedwczesnie rozgadać. Wział szklankę i tłumiac obrzydzenie, nie lubił bowiem wódki w tak dużej ilosci, wypił trunek jednym przechyleniem. - Jeszcze? - przechylił się przez szynkwas Litowka